Nazywam się Joanna Zielewska. Już prawie ćwierć wieku jestem dziennikarką związaną z prasą kobiecą. Od pięciu także, a może przede wszystkim, autorką książek poświęconych tematyce zdrowotnej oraz żywieniowej, takich jak Choroba Hashimoto, Dieta DASH na nadciśnienie, a także bestsellerowych serii „Do pudełka” i „28 dni na talerzu”.
Jestem dietetyczką i psychodietetyczką. Studia na tych kierunkach ukończyłam przeszło 10 lat temu i od tego czasu prowadzę warsztaty edukacyjne dla osób ze schorzeniami dietozależnymi, a także indywidualne terapie dla seniorów oraz dzieci z nadwagą. Kiedy czas mi na to pozwala, spotykam się ze słuchaczami uniwersytetów otwartych i czytelnikami. Od kiedy sama skończyłam 50 lat, mocno interesuję się zależnością między menopauzą a odżywianiem i zgłębiam tajniki dietetyki endokrynologicznej. Jestem także entuzjastką medycyny kulinarnej, którą staram się popularyzować. Dzięki niej możemy lepiej zadbać o swój dobrostan.
Jaka rola jest twoją główną w życiu?
Natura stworzyła nas chyba do wielu ról, dlatego obcy mężczyznom multitasking uprawiamy przez całe życie. Ze mną jest podobnie. Z wiekiem jednak częściej łapię się na tym, że bardziej skupiam się na tym czym się zajmuję, celebruję, staram się nie robić wszystkiego automatycznie. Dzięki temu czerpię więcej radości z codziennych aktywności, nawet takich, jak parzenie kawy czy spacer z psem.
Wydaje mi się też, że z żadnej z ról się nie wyrasta. Nadal troszczę się o dzieci, choć są dorosłe, a w pracy wciąż szukam nowych wyzwań. Kocham dbać o swój dom, który jest miejscem pracy, odpoczynku i budowania najważniejszych relacji.
Co zmieniło się dla ciebie po 50tce?
Pamiętam, jak zaraz po pięćdziesiątych urodzinach poszłam do lekarza, a on zapytał, ile mam lat. Wypowiedziane na głos „pięćdziesiąt” dosłownie mnie zmroziło. Miałam wręcz wrażenie, że to obciach. Byłam przekonanam że przede mną równia pochyła, a starość właśnie stała się faktem. Codziennie rano biegłam do lustra sprawdzić, jak bardzo to widać. Ale ponieważ nie zauważyłam jakichś dramatycznych zmian, szybko mi się to znudziło. Zwłaszcza, że energii jakby przybyło.
I tak, kiedy miałam 51 lat napisałam swoją pierwszą książkę – nigdy wcześniej nawet nie pomyślałam, że potrafię. Dwa lata później przyszło mi do głowy, że przecież zawsze marzyłam o własnym domu z ogródkiem. No więc kiedy, jeśli nie teraz. Pewnie gdybym na początku wiedziała, na co się porywam i co mnie czeka…. Budowa pochłonęła mnie całkowicie, choć trzeba było pracować trzy razy intensywniej, by kupić cegły, dachówkę, okna. Miałam motywację, by szukać wciąż nowych projektów, w przeciwnym razie skończyłoby się na fundamentach. Rodziły się więc także pomysły na nowe książki. Zamiast zwalniać, przyspieszałam, ale mimo zmęczenia, naprawdę sprawiało mi to radość. Koleżanki mówiły „Daj spokój, w naszym wieku…” Ale te zadania naprawdę nakręcały mnie pozytywnie.
Czasem myślę, że byłam tak zajęta, że nie zauważyłam menopauzy.
Marzysz o emeryturze czy widzisz siebie nadal aktywną zawodowo także po 60tce?
Kiedy pracujemy na etacie, to dział HR w odpowiednim momencie nam przypomni, ile mamy lat i co to dla nas zawodowo oznacza. Ja od dawna prowadzę własną firmę, więc symboliczny moment przejścia na emeryturę raczej mnie nie dotyczy. Co więcej, łapię się na tym, że z pomysłami, które mam mogę nie wyrobić się do 60. urodzin. Bardzo bym chciała, żeby energia, którą mam teraz, za szybko ze mnie nie uszła.
Bywają oczywiście momenty, kiedy czuję się zmęczona. Zazdroszczę wtedy moim koleżankom-równolatkom, które spokojnie odliczają czas do emerytury, kiedy nie będą już musiały wstawać rano do pracy. Ale ten stan szybko mija.
Chętnie podpatruję inne kobiety, które są starsze ode mnie, ale nadal bardzo aktywne. Cieszę się, że powstają w wirtualnej przestrzeni takie miejsca, jak jestem50plus. Uwielbiam historie, które pokazują, że dojrzałość to fajny czas. A po 70., a nawet 80. urodzinach można być panią swojego losu, iść pod prąd i żyć o swojemu. Swobodniej niż wcześniej, kiedy ograniczały nas obowiązki.
Z drugiej strony mam świadomość, że pracodawcy – oględnie mówiąc – nie zabiegają o nas, szukając fachowców. Możemy się wkurzać i buntować, ale lepiej wykorzystać tę energię i budować na zdrowej pasji coś swojego. Marzy mi się taki moment, kiedy osoby 50+ nie będą musiały udowadniać, że są dobrymi pracownikami, ale sami zbudują silna grupę pracodawców o wysokich kompetencjach – dla siebie i innych.
Czym dla ciebie jest rodzina?
Chyba największym wyrzutem sumienia, bo wiem, że wciąż poświęcam im za mało czasu. Mam trzech dorosłych już synów, którzy są równie zabiegani, a mimo to, to oni często łapią za telefon jako pierwsi i pytają, co słychać.
Jak lubisz spędzać czas wolny?
Niestety pracując! Jeśli szykuje mi się wolne popołudnie to zaraz zaczynam kombinować, nad czym mogłabym popracować. I tu mamy drugą rzecz, której czasem zazdroszczę koleżankom. One uwielbiają wyrwać się na masaż, poplotkować z fryzjerką. Mnie to nie relaksuje, choć staram się sama siebie przekonać, że jest mi to potrzebne, że work-life balance…
Jeśli jest coś, czego chciałabym się nauczyć, to właśnie takiego odpoczywania. Ostatnio do kalendarza pod konkretną godziną wpisuję pozycje „spacer”, „film do obejrzenia”, by nauczyć się bardziej serio traktować czas na regenerację ciała i ducha.
Staram się nie dopuszczać do sytuacji, kiedy to mój kręgosłup wzywa do aktywności. Znajduję czas na aqua aerobik i zumbę.
Skąd u ciebie pomysł na psychodietetykę i książki?
Książki pewnie nigdy by nie powstały, gdyby nie nowa miłość, która pojawiła się po czterdziestce, czyli dietetyka, a jeszcze bardziej psychodietetyka. Studia na obu tych kierunkach, były dla mnie nie tylko ogromną frajdą, ale także odpowiedzią na moje własne problemy z zajadaniem stresów, jedzeniem w nocy i mnóstwem innych żywieniowych turbulencji, które uprzykrzały mi życie i były nieustająca walką o przyzwoite BMI. Wiele razy przekonałam się, że rozpisanie diety to za mało, by ułożyć sobie poprawne relacje z jedzeniem. Te same problemy wracały potem do mojego gabinetu wraz z pacjentami, którzy rozpaczliwie szukali sposobów, by schudnąć, pozbyć się słabości do słodyczy i uwolnić głowę od ciągłego myślenia o jedzeniu.
Przy okazji rodziły się pomysły na książki. Pierwsza z nich powstała dlatego, że w pewnym momencie świat oszalał na puncie diet pudełkowych, czyli posiłków, które rano znajdowaliśmy pod drzwiami. Chciałam znaleźć alternatywę dla jedzenia, które w najtańszych jednorazowych opakowaniach spędzało nieraz kilka godzin na naszych wycieraczkach, bo firmy cateringowe dostarczały je w nocy. O jakości produktów użytych do ich przygotowania nie wiedzieliśmy nic, a dania kosztowały słono. Sama uległam na moment tej modzie. Kiedy jednak któregoś dnia zobaczyłam psa sąsiadów obwąchującego mój zestaw dań na cały dzień, postanowiłam znaleźć coś zamiast. I tak powstała książka „150 dań do pudełka” – zdrowa domowa dieta, dania, które możemy zabrać ze sobą do szkoły, do pracy czy na trening. I okazało się, że ludzie tego potrzebowali. Potem powstały takie diety dla osób z Hashimoto i na diecie bezglutenowej, dla wegetarian, z insulinoopornością. Cała seria, w sumie 7 pozycji.
A na koniec…
Kilka słów o mojej największej zawodowej pasji. W ostatnich latach moim konikiem stała się medycyna kulinarna. To nowa dziedzina medycyny konwencjonalnej, a jej celem jest, najprościej mówiąc, leczenie przez jedzenie. Od dawna wiadomo, że dobre nawyki żywieniowe mogą być równie skuteczne jak leki na receptę, a nawet bywają od nich lepsze. Przykładów jest mnóstwo: dieta przeciwzapalna świetnie radzi sobie z chorobami stawów, ketogeniczna z padaczką, śródziemnomorska przychodzi z pomocą zagrożonym chorobami serca, a z niskim indeksem glikemicznym – z cukrzycą.
Tylko że z jednej strony, trafiając do gabinetu lekarza czy dietetyka nie bardzo rozumiemy zalecenia. Czasem po prostu trudno je zapamiętać. Z drugiej strony, specjalistom brakuje czasu, by wszystko dokładnie z nami omawiać. Mówiąc najprościej, medycyna kulinarna ma czerpać z badań naukowych i doświadczeń specjalistów od żywienia i pozwolić, byśmy z tego mogli sami korzystać na co dzień.
Medycyna kulinarna to także sztuka obchodzenia się z jedzeniem. Nawet najzdrowsze warzywo nie dostarczy nam witamin i minerałów, jeśli źle je przyrządzimy. Ale to temat rzeka – na całkiem inna rozmowę.
Fot. Piotr Waniorek
Czytaj także Zdrowie Polaków – co je rujnuje?

